sobota, 31 maja 2014

PRERAFAELICKI PIĄTEK 5. Muzyka, ach muzyka...

Julia Margaret Cameron "A Minstrel Group" (1866) - źródło
Każda (lub każdy, kto wie, być może kiedyś w nasze skromne progi zawita jakiś zainteresowany naturalnymi kosmetykami mężczyzna) dba o swoją urodę, jak może. Wybiera starannie kosmetyki przeznaczone dla swojej cery, pamięta o tym, że krem się wklepuje, nie wmasowuje, stara się nie palić włosów gorącym powietrzem, przycinać skórki, regulować brwi, sporządzać maseczki, racjonalnie się odżywiać i tak dalej i tak dalej. Czasem wychodzi nam to lepiej. Czasem gorzej. Ważne jednak, żeby w zgiełku dnia codziennego nie zapominać o tym, że, jakkolwiek warstwa zewnętrzna naszego ciała jest warstwą niezwykle istotną, tak jej prawdziwy blask pochodzi z wnętrza. Cóż zaś jest lepszym pokarmem dla duszy niż muzyka? W dzisiejszy prerafaelicki piątek (właściwie mamy już sobotę, ale cóż te dwie godziny spóźnienia znaczą wobec całej wieczności) zostawiam Was, drogie czytelniczki, z jednymi z najlepszych utworami XIX-wiecznych kompozytorów angielskich. Zarówno mi, jak i przyjaznemu mi uchu wydaje się, że można w nich odnaleźć całkiem sporo inspiracji twórczością prerafaelickiej braci. Mam nadzieję, że Wasz duch poczuje się dopieszczony niebiańskimi dźwiękami.







za pomoc w wybraniu utworów dziękuję serdecznie R.

piątek, 30 maja 2014

Olej arganowy od Bioarganii



Jak wiemy w ostatnim czasie zapanował prawdziwy szał na olej arganowy. Mają go niemalże wszyscy, chociaż nie u wszystkich się sprawdził. Ja należę do grupy szczęśliwców u których spisuje się on wybitnie dobrze na każdym niemalże polu. 

Buteleczka od Bioarganii jest już którąś z rzędu jeśli chodzi o olej arganowy. W przeciwieństwie do innych zakrętka posiada pipetkę, która pozwala mi nabrać tyle oleju, ile jest mi akurat potrzebne. Jest to bardzo dobre rozwiązanie, bo niejednokrotnie zdarzało mi się wylewać za dużo płynu. 

Co do samego działania to jest ono takie jak u innych olejów arganowych. Idealnie wygładza moją skórę, likwiduje skórki i z powodzeniem używam go jako kremu na noc. Spisuje się w tej roli świetnie: nawilża, ujędrnia i nie zostawia śladów na poduszce. Na włosach solo nie spisuje się zaś rewelacyjnie, dopiero połączenie go z paroma kroplami oleju z pestek moreli sprawia, że doskonale odżywia końcówki moich włosów. Nadaje się też na moje spierzchnięte usta, z którymi nie radzą sobie żadne wymyślne balsami. Podobnie sprawa ma się z wiecznie krwawiącymi skórkami przy paznokciach. Olej arganowy potrafi nawilżyć i wygładzić je w odpowiedni sposób. 

Niestety olej arganowy nie nadaje się dla każdego dlatego swoją pierwszą buteleczkę wypada kupić nieco mniejszą, by sprawdzić, czy dobrze się spisuje.

Pervoe Reshenie, Przepisy Babci Agafii - Organiczne Mleczko Oczyszczające na bazie wody rumiankowej.


Seria "Receptury Babuszki Agafii" dość znanej rosyjskiej marki Pervoe Reshenie jest serią kosmetyków niewątpliwie mocno dyskusyjną. Niektóre produkty mają rewelacyjne działanie, inne - zawodzą na całej linii. Skład większości jest naturalny, ale znajdą się i takie, które dosyć silnie wspomaga chemia. W moim osobistym odczuciu używanie ich na dłuższą metę skutkuje czasem niezbyt miłymi konsekwencjami, tak było i w przypadku tej emulsji, której używam do demakijażu. Ma ona jasny, nieprzejrzysty kolor (odrobinę ostało się nawet na butelce :) ) konsystencję mleczka i przyjemny, ziołowy zapach. Delikatnie oczyszcza, co w przypadku mocniej napigmentowanych kosmetyków od czasu do czasu okazuje się za słabe, tak, iż jedno miejsce muszę przetrzeć kilkanaście razy. Produkt jest jednak bardzo wydajny. Cera po niej jest miękka, sprężysta i dobrze nawilżona, ale po jakimś czasie zauważyłam, że mleczko przyczyniło się w dużej mierze do przetłuszczania się mojej buzi. Czy kupiłabym to mleczko jeszcze raz? Z braku lepszej alternatywy - być może. Może jednak czas wnikliwiej poszukać jakieś emulsji do demakijażu, być może spróbować znaleźć dobry płyn miceralny?
A wy? Jakie macie doświadczenia z tego typu kosmetykami? Może możecie coś mi polecić? Czekam na dobre rady w komentarzach.

Skład: Aqua with infusions of organic Dis tillate of Chamomilla Recutita, Rosa Daurica Pallas Extract, Verbena Officinalis Extract, Coco-Caprylate/Caprate, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Glucose Sesquistearate, Sodium Stearoyl Glutamate, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Organic Parfum, Limonene.
Jeśli zaś chodzi o wątpliwości co do składu: Coco-Caprylate/Caprate to składnik odpowiedzialny za wytwarzanie się filmu na skórze. Alkohol cetearylowy może mieć wpływ na powstawanie zaskórników. Fakt, że obie te pozycje stoją dosyć wysoko w składzie mogą mieć wpływ na zapychanie się i błyszczenie mojej cery. Zarówno Limonene, jak i Benzyl Alcohol to substancje imitujące zapach kolejno cytryny i jaśminu i znajdują się na liście potencjalnych alergenów.

czwartek, 29 maja 2014

Czo te włosy, nie dajmy się robić w konia, czyli dlaczego szampony drogeryjne to trucizna.

Wpis ilustruje rycina Lizzie pochodząca ze strony lizziesidal.com - ciekawe artykuły, bardzo polecam.
Na wstępie chciałabym zaznaczyć jedno: wpis jest bardzo mocno subiektywny. Być może większość ludzi nie jest tak wrażliwa na syf w kosmetykach i może sobie używać nawet oleju silnikowego, ale ja w pewnym momencie, cytując klasyka, powiedziałam sobie dość.
Koszmar zaczął się dwa tygodnie temu, kiedy wróciłam do domu rodzinnego po długiej (ale bardzo owocnej) podróży i dosłownie słaniałam się na nogach. Jak powszechnie wiadomo, kiedy człowiek jest zmęczony, cierpią też jego skóra i włosy. Twarz ratowałam domowymi peelingami i maseczkami. Pozostały włosy. Z odsieczą przyszła (niestety!) moja rodzicielka, stworzenie dobrotliwe, aczkolwiek czasem działające według zasady: dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane (pozdrawiam mamę, również blogerkę, która na pewno czyta ten post z zapartym tchem, kocham Cię mamo ;)). Rodzicielka zakupiła szampon, nazwijmy go umownie "total hair kompleks repair herbal naturalny bez parabenów z olejkiem super zdrowy", postawiła pod prysznicem i poradziła użyć. Jako, iż do produktów drogeryjnych podchodzę jak do jeża, postanowiłam jednak szamponu nie używać. Pod prysznicem jednak, bez okularów, z oczami półprzymkniętymi, stało się. Pomyliłam butelki. Umyłam włosy super zdrowym odbudowującym, zagęszczającym szamponem. Już spłukując włosy, wiedziałam, że coś jest nie tak.
Już w okularach, sięgnęłam po skład owego cuda, w końcu chciałam się dowiedzieć, czym się zatrułam. A tam - prawie cała tablica Mendelejewa.
 Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Gluconolactone, Adipic Acid, Sodium Sulfate, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Dimethiconol, Dimethiconol/Silsesquioxane Copolymer, Parfum, TEA-Dodecylbenzenesulfonate, Laureth-23, Disodium EDTA,PPG-12,Propanediol, Benzophenone-4, BHT,Citric Acid, Sodium Hydroxide, Sodium Benzoate, Methylchloroisothiazolino ne, Methylisothiazolinone, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional.
SLSu nie muszę chyba nikomu przedstawiać.  W połączeniu z kolejnym na liście składnikiem może powodować alergiczne zapalenie skóry, świąd, cysty ropne, przesuszanie skóry, także zaburzać wydzielanie łoju.  Idźmy dalej. Kolejne siarczany. Sodium Benzoate - substancja o silnym działaniu rakotwórczym.
Aż strach się bać. Włosy stały się sypkie i matowe. Plączą się. I co najgorsze: WYPADAJĄ. musicie wiedzieć, drodzy czytelnicy, że swego czasu z wypadającymi włosami miałam problem na tyle duży, że widać mi było całkiem spore prześwity łysej głowy. Nie mogę sobie pozwolić na stratę 348 włosów (tak. policzyłam je.) za każdym myciem, w momencie, kiedy używając specyfiku NAPRAWDĘ naturalnego tracę ich od 15 do 50, bo po prostu zostanę łysa.  A tyle właśnie włosów mi wypadło podczas jednego mycia. Do dnia dzisiejszego, po pięciu myciach ziołowym szamponem, ratowaniu włosów olejkami, odżywkami i wcierkami, wciąż noszą one ślady użycia nieszczęsnego drogeryjnego szamponu.
Do czego prowadzi ten przydługi wywód? A no do tego, że, jako konsument, kupując w drogerii i nie czytając składu zwyczajnie wychodzę na idiotę. Przecież moja mama nie chciała zrobić mi krzywdy. Nie chciała, żeby wypadały mi włosy. Jest starszą osobą, nie zawsze ma przy sobie okulary, poza tym może się na chemii zwyczajnie nie znać - co nie znaczy, że można sobie ją spokojnie truć bez konsekwencji. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to jakaś prawda objawiona, większość blogosfery apeluje od dawna, że wielkie koncerny zwyczajnie nas okłamują, reklamując coś jako "naturalne", "hipoalergiczne", po czym ładują w skład chociażby Butylphenyl Methylpropional, bardzo silny alergen. Inaczej jest jednak, kiedy się o czymś wie ze słyszenia, a inaczej, kiedy przekona się o tym na własnej skórze. 
Uważam, że naszym obowiązkiem jest apelowanie wciąż od nowa: Drogeryjne Kosmetyki to oszustwo i trucizna. Postawmy na zdrowie. Piękno tkwi w naturze.

Szybki peeling owsiany z dodatkiem miodu i rumianku.

Dziś przepis autorski, robiony trochę "na-czuja" podyktowany dość prozaiczną potrzebą peelingu połączoną z permanentnym brakiem funduszy (na szczęście do pierwszego już blisko). Mam nadzieję, że taki kryzysowy peeling przypadnie wam do gustu ;)


Do wykonania peelingu potrzebujemy:
- płatków owsianych
- kubeczka zaparzonego mocno rumianku
- solidnej łyżki płynnego miodu

Do miseczki wsypujemy płatki owsiane. Ja zawsze robię to na oko, tj. sypię tyle, ile potrzebuję, myślę, że jest to odpowiednik około 10 łyżeczek. Do płatków dolewam odrobinę naparu z rumianku, wygrzebuję też trochę zaparzonej "zieleniny" ;), na koniec dodaję łyżkę (może czasem dwie) miodu. energicznie mieszam, nie dopuszczając do tego, żeby płatki zmieniły mi się w mokrą papkę, nakładam na buzię, szoruję.
Po wszystkim przemywam wystudzonym naparem z rumianku.
A potem cieszę się gładką, piękną, zdrową, dobrze odżywioną skórą.
Dajcie znać, czy na was peeling również działa tak zbawiennie jak na mnie. ;)

niedziela, 25 maja 2014

Parę wiktoriańskich przepisów na mazidła z "Woman's Own Book of Toilet Secrets"


źródło: http://www.digitalchangeling.com/sewing/periodResources/BookofToiletSecrets/index.html
Dzisiejsza notka powinna się ukazać w Prerafaelickim Piątku, ale mamy niedzielę. No cóż.
Zazwyczaj media rysują nam bardzo negatywny obraz tego jak dbano o siebie w minionych epokach. Opisują skrajności jako codzienność i pomijają zupełnie pozytywne przykłady tego jak kobiety rozbudowywały samodzielnie dosyć istotną gałąź chemii. Należy mieć świadomość tego, że jakoś udawało się przeżyć tysiącom ludzi i nie wszystkich wykończył ołów, arszenik i płukanki z boraksu (którego toksyczność jak się okazuje jest mniejsza niż toksyczność soli kuchennej vide: KLIK).

Parę ciekawych przepisów znajdziemy w książeczce "Woman's Own Book of Toilet Secrets", którą w całości możecie obejrzeć tutaj: KLIK
Oczywiście jest tam parę bardzo dyskusyjnych metod na dbanie o siebie, ale wybrałam część z nich, która nie powinna być zbytnio szkodliwa, chyba, że ktoś jest uczulony na część składników, bądź skład będzie za ciężki. Mieszanie gliceryny i wosku pszczelego może być zabójcze dla kogoś ze skłonnością do powstawania zaskórników, jednak możecie nieco je pomodyfikować.

Na czerwone, zdrowe usta, czyli przepis na błyszczyk:

115 gram gliceryny 
30 gram wosku pszczelego

Roztopić i wymieszać.

Krem na noc:

Równe części 
oleju kokosowego,
wosku pszczelego,
gliceryny,
Roztopić, wymieszać i dodać parę kropel olejku różanego (jest straszliwie drogi i łatwo o syntetyk, stąd lepiej użyć hydrolatu różanego).

Dezodorant:
Stosować sodę oczyszczoną pod pachami (z ciekawostek sodą myto również włosy by się nie przetłuszczały).

Na wypadanie włosów:
240 ml rumu
30 gram gorzkich migdałów
60 gram liści szałwii

Wymieszać i zostawić na 3 dni. Aplikować co noc.
brushes and patterns by: http://miss-deviante.deviantart.com/ & http://crazy-alice.deviantart.com/. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Follow The Author

Followers